...ma być pięknie...będzie pięknie!
O autorze
Zakładki:
RSS
wtorek, 27 września 2011
...SPRAWA DANTONA Jan Klata

...byłam i widziałam i...całe szczęście!!!...Zapamiętam...i reżysera Jana Klatę... i scenografa M. Kaczmarka i Marcina Czarnika ( Robespierre) i Wiesława Cichego (Danton) i...Mariannę czyli Kingę Preis...epizodyczną,ale mistrzowską...to była uczta! Nie ma co pisać więcej...ten tekst na różowo w programie to nagrody dla przedstawienia, aktorów, reżysera, scenografa i innych.

Tagi: oglądam
23:49, renata971
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 18 września 2011
...czy? czy? czy? czy?......

...czy 9tego pażdziernika obudzimy się z ręką w nocniku? Czy będą nas przez kolejne lata...ciągnąć w dół? Czy będziemy żyć w izolacji ? Czy zablokują postęp intelektualny? Czy wygra populizm?
Czy wygra zacofanie i rydzykowobojna ciemnota???? Jak będę żyć w takim kraju? Jak marzyć, jak planować, jak sięgać szczytów???.....

...czy kibol będzie rządził? ( we Wrocławiu już istnieje "Kibol Taxi")    http://wyborcza.pl/1,75478,10359775,Tu_rzadzi_Taxi_Kibol.html

...czy zgwałcona będzie rodzić?http://www.tvn24.pl/1,251,24,91311844,227631903,2461167,0,forum.html

...czy pozwolimy na nieuzasadnioną zemstę za śmierć brata, za sztuczną mglę,za bomby próżniowe i helowe i  za te z ładunkiem termobarycznym?

...czy chcemy aby rządzili nami...Zb. Girzyński od edukacji, Beata Kempa  od MSWiA,Marek Kuchciński od szkolnictwa wyższego, Antoni Maciarewicz od armii i wreszcie Beata Szydło od finansów?

...czy chcemy aby Polska rządzona była przez koalicję...PISu z kibolami i Radiem Maryja?

...czy znowu mamy się wstydzić,że Anna Fotyga to reprezentantka naszego kraju?

...czy pozwolimy aby wróciły wyzwiska pod naszym adresem typu...łże-elity,lumpenliberałowie,łajdaki i łajdacy?

Idżmy do urn, ze śpiewem na ustach...wygramy;-)))

10.09.2011 "Farinelli" w Teatrze Polskim

"Fiasko "Farinellego" Bartosza Porczyka"Farinelli" w reż. Łukasza Twarkowskiego w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Pisze Marta Wróbel w Polsce Gazecie Wrocławskiej.

«"Kiedy coś zagraża seksualności, rozum natychmiast dostaje erekcji" i "mój słodki chłopcze czy dziewczyno, jesteś gównem, ale kocham to, Carl" - takie złote myśli funduje widzowi Bartosz Porczyk w monodramie "Farinelli", wystawionym na Scenie Kameralnej Teatru Polskiego we Wrocławiu. Kolejny, po świetnej "Smyczy" spektakl z jednym z najzdolniejszych polskich aktorów młodego pokolenia w roli głównej, irytuje chaotyczną narracją, brakiem spójności i tekstem w większości ocierającym się o grafomanię. W czasie godzinnego spektaklu Porczyk jest chirurgiem, Carlem Broschim, czyli Farinellim przed kastracją, dwuznacznym płciowo alter ego Farinellego lub też kimś "przechodnim" między Carlem a Farinellim. A zresztą, kto go tam wie. Widz też raczej się nie dowie. Wydaje się, że powinni to wiedzieć reżyser spektaklu - debiutujący Łukasz Twarkowski i autorzy tekstu: Porczyk i Anka Herbut. Ci jednak musieli zagubić się gdzie interpretacją tejże.

Widzowi, który nie zrozumie fonii, zawsze pozostanie wizja. Głównie nagiego aktora i jego zgrabnych nóg w butach na koturnie. A pod koniec trwania spektaklu Porczyk jest po prostu Porczykiem, czyli aktorem, który przedstawia publiczności swoją pracę w krzywym zwierciadle. Bawi, kiedy przypomina sobie lekcję ze śpiewu klasycznego ("Mój profesor mówił: - Ciągnij, Bartek, ciągnij! To ja ciągnę, ciągnę"), naigrywa się z reżyserów żądających ciągłego powtarzania bezsensownych scen. Nade wszystko jednak śmieje się z siebie samego. I to jest najlepsza część monodramu: Porczyk w kalesonach i pióropuszu na głowie obnaża kuriozalność pracy aktora. I jest przy tym do bólu prawdziwy. Scenę tę można uznać za komentarz do całego spektaklu, który tak naprawdę nie opowiada o życiu słynnego kastrata, tym bardziej że o nim jako człowieku wiadomo bardzo niewiele. "Farinelli" jest raczej o dialogu Porczyka-aktora z niedoścignionym mistrzem. I próbie doścignięcia go.                               Trio Twarkowski, Porczyk i Herbut (autorka dramaturgii) nie było w stanie stworzyć spójnego dzieła. Momentami sprawia ono wrażenie zbitki przypadkowych scen. Mamy więc za długi i chaotyczny monolog Porczyka o kastracji, inicjacji seksualnej i nie wiadomo, o czym jeszcze, rozmowę aktora z Carlem lub Farinellim, którą prowadzi z pozycji różnych osób i płci. Jest też projekcja filmowa na telebimie z uwspółcześnioną historią Carla (kilkuletni Kacper Kuryś). I makabryczna kołysanka śpiewana przez małego aktora na melodię "Na Wojtusia z popielnika" ("Była sobie raz królewna/ Miała tasak w plecach/Książe szukał jej latami/Znalazł ją na śmieciach"). Mamy też Porczyka w pełnej krasie, to znaczy nagiego i czołgającego się po scenie.                           Na uwagę zasługują dość ascetyczna, ale bardzo efektowna scenografia Twarkowkiego i Piotra Choromańskiego, nowoczesna, hipnotyczna, chwilami trip-hopowa muzyka Bogumiła Misali i, jak zwykle, aktorstwo i ruch sceniczny Porczyka. Niestety, na nic się to zdało. Życzyłabym sobie, żeby Porczyk-aktor nie pisał już tekstów (na swojej solowej płycie "Sprawca" osiągnął, niestety, podobne jak w "Farinellim" w tej materii efekty ). A przy okazji kolejnego monodramu znalazł reżysera, który pokaże na scenie jego talent w odpowiedniej oprawie. Tak właśnie zrobiła Natalia Korczakowska - reżyserka "Smyczy".» "

...dziwne to wydarzenie...nic nie poczułam i mało zrozumiałam;-) Nie mogłam się skupić bo przeszkadzały mi efekty dżwiękowe...głośne i męczące. Tekst wyżej potwierdza moje wrażenia... Nowe doświadczenie z "nowym" w teatrze....jestem otwarta, ale teatr to dla mnie spotkanie aktora z widzem...nie telewizora z widzem, nie muzyki z widzem, nawet nie scenografii z widzem...a właśnie aktora! Dlatego tak bardzo lubię 1-wszy rząd...;-) którego wybór wymaga coraz większej odwagi;-)))

Tagi: oglądam
16:00, renata971
Link Dodaj komentarz »
...9.09.2011

...nigdy nie tańczyłam, nie miałam ochoty...ba, unikałam czasem panicznie tego zajęcia i nagle...coś się stało;-)))

Pierwszy  przypadkowy (bilety kupione bez mojej wiedzy) koncert, który zapadł mi gdzieś głęboko w duszy i...drugi, który wypełnia ją prawie po brzegi...   Pierwszy to Carlos Libedinsky i Narcotango. Elektryczne  tango w najlepszym wydaniu, porywa i...narkotyzuje, im go więcej tym...mniej;-) Miałam trudności w usiedzeniu w fotelu i zazdrościłam kilku parom,które tańczyły pod ścianą, w przejściu między rzędami;-) Drugi już bardziej świadomy to...Tango Trio w Mleczarni. Tu...królowała i muzyka i taniec w pełnym wydaniu. Po koncercie bowiem muzycy długo towarzyszyli parom, które na parkiecie wyrażały ciałem najskrytsze marzenia, pragnienia...nadzieje...;-) Było pięknie i...zapatrzyłam się...gdyby ktoś tamtego wieczoru zaprosił mnie do...pokonałabym wszystkie lęki...;-)))

...nie miałam aparatu i...nie czułam tego braku...

Tagi: czucie
15:43, renata971
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 września 2011
...nie do zapomnienia
Tagi: czucie
12:15, renata971
Link Dodaj komentarz »